fbpx

Wstąpiliśmy do Marynarki!

?>

San Diego, drugie co do wielkości (zaraz po Los Angeles) miasto w Kaliforni, znane z licznych plaż i łagodnego klimatu pojawiło się na pierwszym miejscu naszej trasy. Droga z LA prowadzi wzdłuż wybrzeża Pacyfiku więc, półtorej godzinna trasa zajęła nam z godzinę dłużej, bo podziwianie ogromu Oceanu przy zachodzie słońca może trochę człowieka wciągnąć. Po przyjeździe na miejsce było już za późno na jakiekolwiek zwiedzanie, więc za radą kalifornijczyków odwiedziliśmy bar z miejscowymi browarami bo to w San Diego podobno punkt obowiązkowy. Spróbowaliśmy, nie kłamali – piwo rzeczywiście bardzo dobre. Jednak większe wrażenie niż alkohol zrobił na nas sam lokal, a tak dokładniej to łazienka. Jeszcze nigdzie nie spotkaliśmy się z sytuacją, że po skorzystaniu z toalety ktoś czekał przy umywalce nakładał nam na ręce mydło, rozkręcał wodę po czym podał ręcznik, dziękował i życzył miłego wieczoru… a przy tym na stoliczku obok ustawionych jest całe mnóstwo mniej (lizak, guma do żucia) lub bardziej (dezodorant, lakier do włosów) potrzebnych rzeczy. Chyba przez przypadek trafiliśmy do jakiegoś bardzo ekskluzywnego baru.

Tak czy inaczej po zebraniu szczęk z podłogi jedziemy szukać miejsca na nocleg. To nasza pierwsza noc w samochodzie i wybór pada na parking wzdłuż dość ładnej ulicy, z ładnymi domami, więc założyliśmy, że jest bezpiecznie. No i się zaczyna planowanie, jak to wszystko ułożyć i rozłożyć żeby się wyspać. Nogi w bagażniku, a reszta ciała na złożonej tylnej kanapie. Ręczniki w oknach robiły za zasłonki. Nawet wygodnie jak na pierwszą, eksperymentalną noc.

Pogoda następnego dnia niezbyt dopisywała więc z plaży trzeba było zrezygnować, a wizyta w poleconym nam parku zwierząt wodnych “Sea World” okazała się rozrywką nie na naszą skromną kieszeń. Wybór padł na amerykański lotniskowiec muzeum USS Midway. Pierwszy okręt amerykańskiej marynarki, który wszedł do służby zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Brał udział w wojnie w Wietnamie czy operacji Pustynna Burza. W 1997 roku jego służba na morzu zakończyła się, a w 2004 roku po raz ostatni rzucił kotwicę w San Diego i tak stoi tam po dziś dzień i robi za  okręt – muzeum. Ponad 305 m długości i nieco ponad 34 m szerokości mieściły na swoim pokładzie 4500 załogi. Codziennie wydawanych było 10 ton jedzenia w tym 1500 ciast i 10500 kubków kawy. Było tam wszystko łącznie ze szpitalem, przychodnią stomatologiczną, więzieniem, pocztą czy fryzjerem. Prawie 4 godziny czasu spędzonego tam nie starczyło nam żeby zwiedzić wszystkie dostępne miejsca.

Na przeciwległym nabrzeżu mieści się ogromny pomnik przedstawiający marynarza, który w namiętnym uścisku całuje pielęgniarkę. Scena jest znana z fotografii o tytule „V-J Day” (od Victory over Japan), lub po prostu „The Kiss” zrobionym 14 sierpnia 1945 roku na nowojorskim Times Square po ogłoszeniu kapitulacji Japonii wobec wojsk aliantów, co uznaje się za symboliczne zakończenie II wojny światowej. Cała scena była zupełnie spontaniczna, a najciekawszy jest fakt, że bohaterowie fotografii wcześniej zupełnie się nie znali! Byli to po prostu przypadkowi ludzie, którzy wyszli na ulice, by świętować zwycięstwo. Na fotografii udało się więc idealnie złapać ten „decydujący moment”, gdzie zamrożona w czasie klatka idealnie opisuje atmosferę całego szczęśliwego pochodu.

Ostatnim punktem obowiązkowym w San Diego było taco and fish – meksykański przysmak (placek taco ze świeżymi warzywami i rybą). Rzeczywiście, bardzo dobre, ale żeby się tym najeść to trzeba wydać trochę $$. Podsumowując – miasto w większości zamieszkiwane przez ludność pochodzenia meksykańskiego (no bo do granicy w sumie tylko 30 min), ale z mnóstwem surferów łapiących fale na oceanie i pełne kalifornijskiego luzu idealnie wprowadziło nas na tory amerykańskiej objazdówki.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: