fbpx

W mieście striptizu i hazardu

?>

Jadąc ponad 300 mil na północ znaleźliśmy się w stanie Nevada w mieście striptizu, hazardu i biznesu – Las Vegas. Miasto grzechu kojarzone przede wszystkim z grami hazardowymi, zakupami, striptizerkami i luksusowymi hotelami. Jest najbardziej zaludnionym miastem w Nevadzie. Wjeżdżając do miasta mija się wypożyczalnie szybkich i drogich samochodów. Zachęceni wcześniejszymi opowieściami o takich miejscach oraz dość tanią ofertą w Internecie postanowiliśmy wstąpić. Na ścianie wyświetlona całą masą samochodów do wypożyczenia prawie jak w grze komputerowej, za szybą cała wystawa najlepszych aut – porsche, ferrrari, ford mustang i krążący po torze kolejni klienci. Nic tylko brać i jechać. Nasz zapał nieco ostygł, gdy okazało się że cena podana na stronie internetowej jest tylko za jedno okrążenie a ich minimalna liczba to 5, a do tego znalezione przez nas “tanie” auto jest już nieaktualne. Nie pozostało nam nic innego jak wygodnie rozsiąść się na kanapach, poudawać, że wybieramy z oferty samochód dla siebie i przez chwilę być jak Ci wszyscy, którzy płacą za takie przyjemności bez mrugnięcia oka… W zamian za to pojechaliśmy na lokalne outlety odzieżowe nieco poprawić sobie humory. Kasa wydana więc czas odkuć się w kasynie. Chyba z tego najbardziej znane jest Vegas, kasyno za kasynem w każdej części miasta. Fala Szczęścia to i może tym razem szczęście też dopisze, jednoręki bandyta, szybkie pociągnięcie i… bank rozbity – wygrana 1$ za pierwszym razem cieszy jak mało co. Bezwarunkowy odruch pcha do powiększenia wygranej sprawił że wydaliśmy całą gotówkę jaką mieliśmy przy sobie (było tego z 10$ ,a to przy budżetowej wyprawie nie byle jakie pieniądze). Tak właśnie wygląda hazard.

Nocleg w Las Vegas nie zaczął się dla nas szczęśliwie. Po całym rozłożeniu naszego mini kampera; naszego sprzętu, przygotowaniu kolacji (sałatka z Walmartu), ułożeniu się w śpiworze i odpaleniu filmu podjeżdża ochrona sklepu pod którym staliśmy i informuje nas, tak samo jak “sąsiadów” w busie, że w tym miejscu nie możemy stać, ale na tym samym parkingu jakieś 200 m dalej już bez problemu.

Następny dzień zaczynamy ofertą promocyjną przygotowaną w Starbucksie przez nas samych – kawą i prysznicem w łazience (swoją drogą to kto by pomyślał, że kąpiel w umywalce może być tak przyjemna).

Miasto oferuje wiele atrakcji, jedną z nich, która szczególnie nas skusiła była możliwość pójścia na strzelnicę. Umówmy się, kto by nie poszedł? Pierwsza lepsza strzelnica i na wejściu obrazek jak z gry komputerowej. Na ścianie cała gama broni, od historycznej po najnowsze osiągnięcia technologii. Szybka decyzja i można strzelać. Żadnych formalności, sprawdzania dokumentów i zbędnych pytań. To tylko pokazało nam jak łatwy jest dostęp do broni w tym kraju. Samo strzelanie trwało nie więcej niż 5 minut, a 20 naboi kończy się w ekspresowym tempie. Szybka i wątpliwa przyjemność (choć Kondziu tylko myślał, żeby wrócić na strzelnicę), ale oko mamy całkiem niezłe! Zapada zmrok i miasto budzi się do życia. Główna ulica miasta – Las Vegas Boulevard świeci neonami na długości prawie 7 km. To właśnie ta ulica przedstawiona jest w filmie z największym kacem w historii kina czyli “Kac Vegas”. Hotele z prawej i lewej prześcigają się w pomysłach na zachęcenie turystów do wejścia. Otwarte kasyna na każdym kroku zrobią z ciebie milionera albo oskubią co do centa tak samo jak striptizerki, o których dostępności można się dowiedzieć w “Strip Boxie” (tak, w Europie jest bieda i tylko mamy informację turystyczną). Na striptiz nie było nas stać, ale do kasyna ponownie zawitaliśmy i tym razem prosto do “Ceasar Palace” (jak ktoś oglądał Kac Vegas to wie o co chodzi). Milion pewnie był blisko, ale nie było co ryzykować brania samochodu pod zastaw, więc zadowoliliśmy się sześcioma dolarami wygranymi przez Natkę. Jak na nasze standardy i początki to znakomity wynik! Będzie za co szaleć. To miasto nie śpi, a przynajmniej główna ulica. Nic dziwnego że Amerykanie niechętnie wyjeżdżają ze swojego kraju kiedy u siebie mogą zobaczyć wieżę Eiffla czy piramidy egipskie. Prawda, że wygodne?

Kolejny dzień i kolejny prysznic w kawiarni (Dobrze, że nie naliczają nam dodatkowej opłaty). Dzisiaj głównym punktem dnia jest mecz hokeja amerykańskiej ligi NHL – Las Vegas Knights vs. Washington Rangers. Pełne trybuny kibiców zwiastowały emocje sięgające zenitu, jednak trochę to wszystko przereklamowane. Bez przerwy ogromne reklamy wyświetlające się nad naszymi głowami, rozrzucane cały czas i wszędzie koszulki, aż 3 na 20 minutową tercję przerwy na czyszczenie lodu (bardziej reklamy i konkursy) i konkursy mogą naprawdę irytować i wybić europejskiego widza z rytmu (Amerykanie chyba uwielbiają cały ten kicz). W takich warunkach bardzo ciężko jest się skupić na strzelonych bramkach, a nawet nie trzeba wiele, żeby ich nie zauważyć. Największą atrakcją, zdaniem Natki, była walka na pięści pomiędzy zawodnikami (czekała na to cały mecz xd), bez niej całe widowisko nie miałoby sensu! Co ciekawe w takim momencie sędzia nie przerywa zawodnikom ich walki lecz czeka aż któryś z nich upada na lód i wtedy obaj dostają karę jak za zwykłe przewinienie. W takim momencie cały stadion nagle się ożywia o głośno dopinguje graczy. Kondzia największym marzeniem było zobaczyć wybitnych bramkarzy w pojedynku naprzeciw siebie – Fleury i Luongo. Nie mogło być tak pięknie, drugi z nich przesiedział cały mecz “na ławie”. Mecz w ostatecznym wyniku 3:1 wygrywa miejscowa drużyna. Spełnione marzenie Konrada (w końcu od piątego roku życia na lodzie), można ruszać z kolejnymi.

Ostatni dzień mija nam na kompletowaniu sprzętu na kolejne punkty na naszej trasie i regenerowaniu sił po intensywnych dniach spędzonych w Vegas. Kolejny przystanek – Dolina Śmierci.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: