fbpx

W żeglarstwie jak w polskim kinie… nic się nie dzieje

?>

Słowem wstępu.

Prowadzenie bloga podczas rejsu, gdzie przez ponad miesiąc nie zawija się do portu nie jest rzeczą najłatwiejszą. Umówmy się, wszystko co dzieje się na żaglowcu jest diabelsko powtarzalne, monotonne i na dłuższą metę dość nudne. Ale, że nikt nudzić się nie może to zawsze ktoś znajdzie nam coś do pracy. Ale zacznijmy może od początku.

Szczur lądowy raczej nie wie jak wygląda „życie na wodzie”. Takie życie też różni się w zależności od tego na czym i gdzie pływamy, ale jedno zawsze je łączy – podział na wachty. Żeby statek nie zatonął i mieszkało się na nim dobrze, życie musi toczyć się 24h na dobę w pracy zmianowej. Od tego są wachty, dzielą one załogę na grupy pracujące w systemie zmianowym czterogodzinnym. Na przykładzie „naszego” żaglowca, wachty dzielą się obsługą masztów, a mamy ich tutaj aż trzy i codziennymi pracami porządkowo-gospodarczymi. Ramię w ramię pracują laureaci konkursu i studenci Uniwersytetu Morskiego. Już po pierwszy paru dniach zniknęły wszystkie uprzedzenia i rozwiały wszelkie stereotypy, co byśmy byli gorsi. Jesteśmy jedną załogą.

Wachta I pracuje w godzinach 12:00-16:00 oraz 24:00-04:00. Obiera ziemniaki dla całej 169 osobowej załogi. Ma to swój urok, zwłaszcza, że wygląda to nieco inaczej niż w domu. Na międzypokładziu (zwany „Placem Kaszubskim”) jest rozkładany kawał starego żagla, wokół którego siada „nocna zmiana”, która z różnym skutkiem obiera swój przydział. Obsługuje żagle i reje znajdujące się na bukszprycie i pierwszym maszcie od dziobu – foka.

Wachta II pracuje w godzinach 16:00-20:00 oraz 04:00-08:00. Szoruje pokład i klatki schodowe, mostek nawigacyjny i szkoleniowy. Podobno, jak na razie widzieliśmy tylko raz jak się za to biorą. Obsługują kolejne żagle i reje masztu znajdującego się na śródokręciu – grota.

Wachta III pracuje w godzinach 08:00-12:00 oraz 20:00-24:00. Przebieramy i segregujemy śmieci (tak, jesteśmy we dwoje w tej wachcie), jest śmiesznie. Co by nie doświadczać codziennej udręki próbujemy znaleźć w tym nieco zabawy. Wbrew pozorom można się do tego przyzwyczaić.

Obsługujemy maszt najbardziej na rufie, który jest uważany za najbardziej skomplikowany – krojc.

To takie najbardziej ogólne różnice, poza tym każda wachta robi to co jej akurat każą łaskawie nam panujący bosman wachtowy albo starszy bosman, tj. maluje, szlifuje, szyje, sprząta, zwija albo stawia żagle, pierze, magluje (pościel na maglu), biega po pokładzie i ciągnie raz za te a raz tamte sznurki. Robotę trzeba szanować, ma być robiona a nie koniecznie zrobiona (no bo co byśmy mieli robić jutro). Jest to traktowane bardzo serio, na swój sposób jest to zasada numer jeden, która obowiązuje na pokładzie. Do tego dochodzi jeszcze sterowanie statkiem pod okiem oficera wachtowego, obserwacja co się dzieje wokół niego na tzw. oku czy nawigowanie. I tak się żyje na tym statku… Największa atrakcją są sztormy, fale wchodzące na pokład i lody podawane w niedzielę do obiadu.

Choć nie jest tak źle. Po paru dniach nudy i całkowitego bezruchu najbardziej leniwa klucha staje się mistrzem ćwiczeń na drążku, a każdy sztywniak guru kreatywności.

To tyle na wstępie. Płyniemy dalej, do najbliższego portu zostało 24 dni.

 

1 Comment

  1. Odpowiedz

    Kamil

    29 listopada 2018

    Dobre to! Więcej poproszę! 🙂

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: