fbpx

Zainspirowani Yosemite!

?>

Za plecami zostawiamy Park Narodowy Doliny Śmierci i kierujemy się dalej na północ. Mimo teoretycznego wyjazdu z parku krajobraz przez dziesiątki kilometrów wciąż pozostaje taki sam. Pogoda się psuje – nieustannie padający deszcz zdecydowanie utrudnia nam podróż. Przed nami ponad 7 godzin jazdy, 420 mil do przejechania.

Kierunek – Yosemite!

Mniej więcej w połowie naszej trasy stajemy na chwilę w mieście Bakersfield kupić pizzę w Walmarcie, nie wiemy czy ktoś nad nami czuwał, czy zrobiliśmy to podświadomie, ale była to jedna z najlepszych decyzji tego wyjazdu. Wjeżdżając na parking nasz samochód śmierdzi coraz bardziej, a spod maski wydostają się kłęby dymu. Nerwowe poszukiwania gaśnicy na nic się nie zdają bo jak się okazuje w USA nie jest ona w wymagana. Ściągnęliśmy na siebie uwagę kilku osób, które oferowały nam swoją pomoc, lecz po chwili dymu było coraz mniej. Nasze autko oficjalnie umarło – nie podejmujemy nawet próby ponownego odpalenia. Zostajemy na parkingu mniej więcej 3h przed naszym celem i jakieś 2h od Los Angeles. Jak zwykle z pomocą przychodzą nam Jełowiccy. Szybki telefon do Alberta, a później do ubezpieczyciela i tak kilka razy (nie jest to łatwa sprawa). Parę godzin później i już wracamy do Los Angeles na lawecie z przemiłym meksykaninem (Panem Davem), którego prawie w ogóle nie rozumieliśmy, ale Konrad zawzięcie prowadził dialog mówiąc całkowicie nie na temat jednocześnie lekko przysypiając. Były chwile grozy i chwilowej śmierci klinicznej Natki podczas oczekiwania na pomoc, ale o 2 w nocy jesteśmy w dobrze znanym nam miejscu wiezieni do West Coviny w eskorcie Pana Tomasza.

Niestety znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Nie mamy samochodu, za bardzo też kasy, a do naszego wylotu z USA zostały jeszcze dwa tygodnie. Aplikacja przez, którą wynajmowaliśmy samochód zwróciła nam niewykorzystane pieniądze za przejazd, dzięki czemu jeszcze tej samej nocy Kondziowi udało się zarezerwować kolejny samochód, który z samego rana pojechał odebrać. W tym czasie Natka mogła w końcu wyspać się w łóżku i zjeść na śniadanie nie będące kanapkami z serem, polanymi ukradzionym sosem z jakiegoś baru z fast foodami. Nowy samochód wyglądał nieco porządniej niż poprzedni i naszym najbliższym marzeniem było by tym razem nic się nie zepsuło. Jeszcze tego samego dnia nie chcąc tracić czasu wyjechaliśmy w dalszą trasę. Po drodze zaopatrzyliśmy się w łańcuchy do samochodu, trochę jedzenia i w drogę. Nie chcąc po nocy wjeżdżać do Parku i tracić pięknych widoków zatrzymaliśmy się w miasteczku w jego granicach. Z samego rana (czytaj godzina 12) ruszyliśmy dalej. Krajobraz w porównaniu z Doliną Śmierci dużo bardziej żywy i kolorowy. Strome zjazdy i podjazdy już nie robiły na nas takiego wrażenia jednak, w całej tej otoczce wielkich drzew, ośnieżonych szczytów gór i rwących rzek można było tylko powiedzieć “wow”. Zaraz za oficjalną tablicą oznaczającą wjazd do Parku witają nas sarenki, które nie zwracając na nas uwagi, ani rzucane przez Natkę marcheweczki (mądre sarny – za dokarmianie zwierząt jest kara 1500$) skubały sobie trawkę przy drodze. Jesteśmy w Yosemite! To chyba najbardziej wyczekiwany przez nas moment naszej podróży. Yosemite National Park położony jest na zachodnich zboczach gór Sierra Nevada, zajmuje około 300 tys. km2, a każdego roku odwiedzany jest przez ponad 3,6 mln turystów. Ze względu na tak duży napływ turystów, wprowadzono przepis, który pozwala na nocleg w granicach Parku nie dłużej niż przez 30 dni w ciągu roku, ale w okresie od początku Maja do końca Sierpnia nie dłużej niż 14 nocy.

Z każdym przejechanym kilometrem jest coraz piękniej, choć pogoda nie powala. Gdzieniegdzie leży śnieg, jest duża wilgotność i dość zimno. Dojeżdżamy do turystycznego centrum Parku czyli Yosemite Village, gdzie mieści się hotel, restauracja czy stary cmentarz pierwszych mieszkańców wsi. Oprócz nas i niewielu osób z całej załogi “pracujących” (nie zapominajmy, że Park jest zamknięty) nie ma prawie nikogo. Jest całkowicie poza sezonem i jeszcze bardziej nas to kręci – cały Park tylko dla nas. Rozglądamy się po najbliższej okolicy, kupujemy mapę, po herbatce i planujemy co, jak i kiedy chcemy zobaczyć. Noc jak zwykle spędzamy na parkingu. Łamiemy prawo, bo istnieje bezwzględny zakaz spania na terenie Parku w samochodzie, czyli podoba nam się jeszcze bardziej (kary sięgają paru tysięcy dolarów). Mniej do śmiechu jest nam o 5 rano kiedy to jest tak zimno, że trzeba założyć kolejną kurtkę i zamienić się w mumię w śpiworze. Niewiele później wstajemy. Dziś w planach wodospady. Wędrówkę rozpoczynamy z “Camp 4” – historycznego miejsca narodzin wspinaczki, który widnieje w krajowym rejestrze miejsc o znaczeniu historycznym Stanów Zjednoczonych. To tu w połowie 20 wieku dziesiątki najsłynniejszych wspinaczy na świecie zgromadziły się, ucząc się od siebie i wypróbowując nowe pomysły na ścianach Yosemite. Na jego terenie zacieśniły się przyjaźnie, rodziły nowe idee, ale i były zakładane obecnie najlepsze firmy związane z wspinaczką sportową. Camp 4 był miejscem ciągłych tarć między wspinaczami, którzy nie uznawali powszechnych zasad panujących w Parku, a resztą turystów i strażnikami. Dokładną historię można poznać w filmie Valley Uprising, który idealnie przedstawia rolę tego miejsca w historii. Polecamy!

Zostaje nam jeszcze zabezpieczyć jedzenie w samochodzie przed niedźwiedziami grasującymi w okolicy (a w samochodzie nie byle co – sucha pizza i dwa małe piwka) i w drogę. Z opisów szlaki prowadzące na dolny i górny wodospad były połączone, jednak nam coś nie wyszło i na rozgrzewkę przespacerowaliśmy się na Yosemite Lower Falls. Ładnie, szybko i bez większych rewelacji, więc czas wrócić na właściwy szlak. Trasa na Upper Yosemite Falls jest sporo dłuższa, bo aż ponad 7 mil w jedną stronę. Początkowo pogoda jest niezła, trochę mgliście i chłodno, wraz ze wzrostem wysokości zaczyna padać deszcz. Początkowo tylko kropi, szlak staje się coraz bardziej śliski i stromy. Kolejne metry wyżej i zaczyna padać śnieg z deszczem. Widać już wodospad, ale jeszcze bardziej huk lejącej się wody i spadających nawisów śniegu. Co jakiś czas robimy przystanki – to na zdjęcia, to na pogawędki telefoniczne Natki z mamą. Droga bardzo się dłużyła, a jeszcze wciąż nie było widać szczytu. Wspominaliśmy już, że szlaki w amerykańskich górach bardzo różnią się od naszych ojczystych, tutaj widać to jeszcze bardziej. No może początkowo jest jak na wycieczce do Morskiego Oka czy innego znanego wszystkim miejsca – starannie ułożone trasy w postaci kamiennych schodów, ale to tylko przez chwilę. Potem już nawet tabliczek brakuje, że tu idzie jakiś szlak i gdyby nie czyjeś ślady nie byłoby tak łatwo tam dotrzeć bez mapy. W wyższej partii gór, śnieg sypał już regularnie i wszędzie było go pełno, a my w naszym profesjonalnym sprzęcie mieliśmy tylko spodnie dresowe i buty do biegania. W końcu pojawił się jakiś drogowskaz, do wodospadu jeszcze tylko kilkaset metrów. Śnieg sypie już tak, że ledwo widać. Żeby dojść do samego wodospadu, trzeba zejść jeszcze parę metrów w dół. Nasze zejście bardziej wyglądało to jak ekstremalny zjazd bo strome schody pokryte śniegiem przemierzane w adidaskach to nic łatwego. W końcu jesteśmy, satysfakcja ogromna, a temperatura bardzo niska. Widok zasłania nam gęsta mgła i ciągle padający śnieg, ale i tak jest mega. Zaczynamy schodzenie na dół bo powoli nadchodzi zmrok. No i się zaczyna – schodzenie ze stromej, ośnieżonej, oblodzonej, mokrej góry w butach do biegania to jak jazda bez trzymanki. Natce nawet patyk do podtrzymywania nie pomógł – jednogłośnie wygrała konkurs na upadki.

Całkowicie przemoczeni i zmęczeni wróciliśmy do Doliny. Standardowo idziemy na gorącą herbatę i trochę się wysuszyć. Około piątej już robi się ciemno, więc niewiele możemy już zdziałać. Czas zebrać siły na następny dzień. Kolejna zimna noc, a z samego rana budzi nas padający deszcz. Dziś nie damy rady iść w wyższe partie Parku, więc dobrze, że wodospady już mamy za sobą. Na tyle, na ile pozwala nam pogoda i zamknięty Park zaliczamy wszystkie “check pointy”. Podziwiamy nieco zamgloną Dolinę z wysokości mając widok na wszystkie szczyty w tym słynne El Capitan, Half Dome czy Sentinel Rock. To aż nie do wiary, że obecny rekord wejścia na 900 metrową ścianę El Cap, płaskiego granitowego olbrzyma zajęło Alexowi Honnoldowi i Tommiemu Caldwellowi 1 godzinę 58 minut i 7 sekund! Następnie przejeżdżamy przez View Tunnel, wydrążony w skale tunel, a dla lepszego wrażenia przejeżdżamy przez niego jeszcze raz. Następnie jedziemy zobaczyć Bridalveil Fall, choć już się na niego nie wspinamy lecz idziemy do samej jego podstawy. Gdyby to było lato, a temperatura powietrza wynosiła ze 30 stopni ciepła to może i byłoby to przyjemne… Wchodzenie na skały i pochodzenie pod wodospad jest na własną odpowiedzialność, a my jesteśmy na tyle głupi/szaleni (wybierzcie sobie jedno z dwóch), że przy lejącym już z nieba deszczu i mokrych kamieniach idziemy do wodospadu. Po drodze oczywiście dochodzi do kłótni, bo jedno z nas wpadło na genialną myśl, że to jednak bardzo zły pomysł i czas zawrócić, ale jesteśmy dwójka indywidualistów i każde poszło swoją drogą. Poszło to może za dużo powiedziane, zsuwało się na tyłku po mokrych kamieniach tak żeby tylko się nie zabić/nie spaść/nie połamać. Adrenalina ogromna, huk spadającej wody zagłuszał wszystko inne, a woda lecąca z wodospadu w połączeniu z ciągle podającym deszczem dawała wrażenie jakby stało się pod prysznicem. Każde z nas wróciło swoją drogą całkowicie przemoczone. Warto było czy nie, przemilczmy. Dalej już tylko bardziej mokro. Obowiązkowo największą rzeka przepływajaca w Yosemite Merced River i całkowicie zamglony punkt widokowy. Na sam koniec została nam wisienka na torcie, istny cream de la cream całego Parku, zwieńczenie naszej podróży do Yosemite – ściana El Capitan. Drogę pokonaliśmy już w dość hardcorowych warunkach, po zmroku, przemoczeni tak, że bardziej już się nie dało, a do tego nie było za bardzo oznaczonego szlaku. Jednak kto jak nie my – tryumfalnie poklepaliśmy ścianę, zrobiliśmy zdjęcie i nie zostało nam nic innego jak  wyobrazić sobie, że właśnie w tym miejscu od wielu, wielu lat pasjonaci – wariaci próbują swoich sił i spełniają swoje marzenia o wejściu na jedną z najsławniejszych ścian wspinaczkowych na świecie. Może jeszcze kiedyś uda nam się tu wrócić i zrobić parę dróg w górę, nie tylko po płaskim…

A tymczasem wracamy do naszej bezpiecznej Doliny, centralnego parkingu, który stał się naszym domem. Czas na herbatę. W pakiecie z herbatą czekają na nas złe wieści – okazuje się, że pogoda ma się jeszcze pogorszyć, a nadchodząca śnieżyca ma przybrać taką siłę, że służby zamykają drogi do Parku i jeśli nie chcemy utknąć tutaj na kilka dni (nikt nie wie ile może potrwać zamieć) to została nam jeszcze mniej więcej godzina na opuszczenie Doliny. A miało być tak pięknie. Nieco przerażeni pakujemy się do samochodu i wyjeżdżamy z Yosemite. Pogoda rzeczywiście nie rozpieszcza. Deszcz leje jak z cebra, tak że praktycznie nic nie widać, temperatura maleje, nie da się zbytnio przyspieszyć. Po drodze mijamy wjeżdżające do Parku odśnieżarki i inne służby porządkowe. Trasa taka piękna za dnia, przy takich warunkach pogodowych i po zmroku całkowicie zmienia oblicze. Lawiny błotne oraz spadające na jezdnię kamienie wprost pod samochód – cudem udaje nam się przejechać bez szwanku. Awaria drugiego samochodu już by chyba nas załamała xd. Wyjeżdżamy z Parku w ostatnim momencie, zaraz za nami policja zamyka drogę. Sytuacja jest chyba bardzo poważna, ponieważ policji jest naprawdę sporo, a do tego przyjechała telewizja. Konrad nie mógł ominąć takiej okazji i oczywiście musiał jeszcze zrobić pamiątkowe zdjęcie całej sytuacji…ehh mogli go aresztować. Zatrzymujemy się w miejscowości, w której nocowaliśmy przed wjazdem do Parku, więc już znamy okolice darmowego parkingu. Jesteśmy uratowani!

Rano pogoda trochę się poprawia, na chwilę przestaje padać deszcz. Chcemy wrócić jeszcze zobaczyć ogromne sekwoje. Przed nami nie lada wyzwanie, gdyż większość dróg jest cały czas nieprzejezdna, a do tego o tej porze roku szlaki do olbrzymich sekwoi i tak są zamknięte dla samochodów. Po kilkukrotnym przeczytaniu regulaminu znajdujemy informacje, że można tak jednak dotrzeć na pieszo, więc próbujemy pojechać jak najdalej się da samochodem, a resztę drogi przejść. Znowu wjeżdżamy do Doliny tyle, że tym razem z innej strony. Tam niestety nasz plan legł całkowicie w gruzach, ponieważ po dojechaniu na miejsce “Park Rangersi” kazali nam zawrócić, a dodatkowo w trakcie “Goverment Shoutdown” regulamin Parku przestaje obowiązywać. Odjeżdżamy z niczym, a do tego strasznie źli i rozczarowani. Sekwoje to punkt obowiązkowy Yosemite tak samo jak Neptun w Gdańsku czy Krupówki w Zakopanem (tak wiemy, czasem trzeba być stać się typowym turystą). Nie możemy odpuścić. W informacji turystycznej okazuje się, że jest dla nas jeszcze nadzieja. Jakieś 240 km dalej na północ jest Stanowy Park Kalifornii, w której również są ogromne sekwoje, może nie takie jak w Yosemite, ale teraz zadowolimy się nawet nawet małą sekwojką. Jedziemy! Pogoda znowu się psuje. Prawie całą drogę pada deszcz. W końcu dojeżdżamy do Parku, wypuszczają nas, sekwoje też są – uff udało się. Znowu zwiedzamy w deszczu, do tego przy minusowej temperaturze, a gdzie nigdzie leży jeszcze śnieg. Ciężkie warunki, ale ogrom drzew odbiera nam mowę, więc nawet nie mamy możliwości narzekania. Czujemy się tacy malutcy, przy tych gigantycznych drzewach, a zdjęcia nawet w 1% nie oddają rzeczywistego wrażenia. Całkowicie skostniali opuszczamy Park i zarazem tą część Kalifornii. Ruszamy teraz ku cieplejszym klimatom.

Do zobaczenia Yosemite i sekwoje – jeszcze kiedyś tam wrócimy.

Dla zainteresowanych, przed wyruszeniem warto sprawdzić aktualności na stronie Parku. Dużo się dzieje, warto wiedzieć jak jest na bieżąco. Na różnych stronach szlaki są bardzo różnie przedstawione, warto zaopatrzyć się w starą, dobrą mapę papierową (dla każdego podróżnika pewnie temat dość jasny), a wcześniej poczytać o szlakach, polecamy tu.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: