fbpx

Święta na fali

?>

San Francisco opuszczamy na żaglach, port żegnaliśmy przy gorących okrzykach Polaków stojących na kei. Tym razem pogoda bardziej sprzyjała i postawiliśmy wszystkie trójkąty co w jakiś sposób rekompensowało nam nieudaną próbę przepłynięcia Golden Gate pod żaglami.

Kierunek Los Angeles! Ale chwila, chwila – mamy jeszcze święta po drodze. Pogoda tak mało świąteczna, że wszyscy o nich zapomnieli. Ani chwili odpoczynku na tym statku, jak nie przygotowania do wejścia do portu to teraz bombki, choinki, światełka, pierogi i pierniki. Plan następujący – w dniu Wigilii stajemy na kotwicy przed portem w Los Angeles, a w pierwszy dzień Świąt wpływamy. Szybki przelot wzdłuż Amerykańskiego wybrzeża i już jesteśmy. Statek udekorowany, bombki pomalowane (Natka i sekcja artystyczna Daru Młodzieży chyba dala radę), pierniki upieczone, więc chyba można zaczynać świętowanie. Komendant ogłasza zbiórkę o 17.30 pod grotem. Dziewczyny się malują i stroją – jedne w mundury inne w zabrane na tą okazje kiecki z domu, chłopaki kończą ostatnie wiązanie krawatów, skarpetki do pary – mimo, że na wodzie, tutaj mamy to samo. Pierwsza gwiazdka na niebie, oficjalne życzenia z Polski, orędzie komendanta, modlitwa i opłatek. Powiedzenie zwykłego „nawzajem” zajęłoby przy tak licznej załodze (169 osób) z pół godziny, a co dopiero wymyślanie wyszukanych życzeń. Trochę czasu to wszystko zajęło, barszcz zdążył przestygnąć, ale było warto powiedzieć i usłyszeć kilka miłych słów od naszej statkowej rodziny.

A w menu kolacji wigilijnej – barszcz czerwony z uszkami, pierogi z kapustą grzybami, ryba po grecku i smażona, kultowa sałatka jarzynowa, kapusta z grzybami, pierniki, ciasta i czekolada – full opcja. Z braku miejsca kolacja była oddzielnie dla załogi stałej i studentów, a ta dla studentów podzielona jeszcze na trzy tury, w innym czasie dla każdej wachty. Wszystko szybko, człowiek nawet nie miał okazji się nasiedzieć ani przejeść. Chwila rozczulenia Natki przy trzecim widelcu kapusty z grzybami, bo to pierwsze jej, ale też Kondzia, święta poza domem a teraz jazda na wachtę. Z okazji Wigilii bosman w przypływie Świątecznej radości ogłosił stand-by, więc w mniejszych lub większych grupach każdy jakoś na swój sposób spędził ten dzień. Na koniec wachty o 2400 jeszcze pasterka pod gołym niebem, kilka kolęd i po Wigilii.

Następny dzień to wpłynięcie do portu Los Angeles. Na kei przywitała nas spora grupa Polonii, ale chyba też zainteresowanych nami Amerykanów, którzy nudzili się w dzień Bożego Narodzenia. Jak to pięknie, że są święta, bo na pokład wkroczyli z niezwykłymi dla nas darami (ciastka, jeszcze więcej ciastek i papierosy, których część załogi wyczekiwała z utęsknieniem). Od razu zaczęło się zwiedzanie statku, Polonia zza Oceanu przez chwilę była znowu na polskiej ziemi (statek jest terenem Polski) co podkreślali wzruszeni, a my dostaliśmy wiele ciekawych informacji na temat okolicy. Bezinteresownie zaprosili załogę na zwiedzanie pełniąc rolę przewodników i kierowców.

No i najważniejsze – długo wyczekiwany, od tygodni zapraszany Marcin Gortat zawitał na Dar Młodzieży. Najpierw kawa z komendantem (przez Gortata nazywany komandorem), oprowadzenie po statku, a potem zdjęcia, autografy i wywiady. Do tego wszystkiego zaprosił nas na mecz swojej drużyny, który miał się odbyć dzień później. Chociaż żadne z nas nie jest fanem koszykówki to autografy i zdjęcie było czymś obowiązkowym, na mecz również jedziemy.

 

Ostatni dzień na statku. Ostatnie śniadanie, ostatni prysznic, ostatnia bandera na „Darze”. Od samego rana wielkie pakowanie się laureatów i przenosiny do innych kubryków przez studentów. Wszystko się miesza, jeden wielki rozgardiasz, nie wiadomo co jest czyje. Konrad gubi połowę swojego bagażu. Opuszczamy statek, ale tak jeszcze nie do końca. My zostajemy w Stanach, a reszta „konkursowiczów” czeka dwa dni na lot powrotny do Polski. Nie możemy zostać dłużej na pokładzie (choć nasze bagaże jeszcze zostają), bo na nasze miejsce wchodzi kolejna ekipa laureatów, więc „organizatorzy” zapewniają nam nocleg w domach Polonii.

Przed tym wszystkim jeszcze wspólna wycieczka po Los Angeles no i oczywiście wyczekiwany przez wszystkich mecz. Wycieczka to może za dużo powiedziane. Jest to szybka objazdówka po najbardziej znanych miejscach w mieście aniołów – Downtown, a w nim ratusz miasta, budynek zarządu wodociągów (najważniejsi ludzie w mieście), Walt Disney Theater potem Beverly Hills, szybki przejazd po ładniejszych ulicach i przemarsz jedną z najbogatszych ulic w Stanach – Rodeo Drive i wszystkie sklepy, po których przechadzała się filmowa Pretty Woman. Nas było stać jedynie na robienie zdjęć. Następnie Hollywood – słynny chodnik z gwiazdami (są nawet trzy polskie gwiazdki), „Chinesse Theatre” (miejsce, gdzie co roku odbywa się gala rozdania Oscarów) i widok na napis „Hollywood” (pierwotnie „HOLLYWOODLAND” celem powstania napisu była reklama nieruchomości na sprzedaż za tym właśnie wzgórzem).

W końcu wyczekiwany mecz – Los Angeles Clippers, z Gortatem w drużynie, kontra ekipa z Sacramento. Nie były to co prawda miejsca pierwszym rzędzie (tylko w ostatnich), ale zdecydowanie było warto tam być. Cała otoczka różnych wydarzeń podczas meczu ściągała na siebie dużo więcej uwagi niż sama rozgrywka. Co chwila przerwy, występy cheerleaderek, orkiestr dętych, loterie, konkursy, Kiss Cam czy Dance Cam, fajerwerki i konfetti, dobrze, że przy tym wszystkim nadal wiedzieliśmy kto gra. Wygrała drużyna z Los Angeles, chociaż nasz rodak nie wszedł nawet na chwilę na parkiet. Po meczu mieliśmy jeszcze zapewnione „postgame pass”, które pozwalały nam podejść bliżej boiska, gdzie czekał na nas polski zawodnik.

 

Końcowym punktem programu był nocleg laureatów w amerykańskich domach polskich rodzin. Było nas dość dużo (23 osoby), więc trzy rodziny Polonii „podzieliły” się nami i tak wraz z trójką naszych kolegów (Liskiem, Pawłem i Stachem) trafiliśmy do domu państwa Krawców.

CDN…

fot. z drona: Łukasz Szamrowicz

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: