fbpx

Przeżyć śmierć w dolinie

?>

Jadąc z Las Vegas na północny zachód zmierzamy w stronę Doliny Śmierci. Zaopatrzywszy się wcześniej w kilka niezbędnych do przeżycia tam elementów tj. dodatkowy kanister paliwa (tak skomplikowanego w obsłudze jeszcze nigdy nie widzieliśmy), zapas jedzenia i wody, konwerter samochodowy (którego nie mogliśmy użyć, okazało się, że brakuje niezbędnego kabla) pokonujemy trasę na dwa razy, robiąc przerwę na nocleg, tak aby z samego rana (czytaj 12 w południe) wjechać do Doliny Śmierci. Od 1994 roku Parku Narodowegoz największą depresją w Ameryce Północnej. Noc spędzamy na parkingu hotelowym, w którym skusiliśmy się na szybkie pociągniecie „jednorękiego bandyty”, ale tym razem szczęście nas opuściło. Jedziemy, od dłuższego czasu zasięgu już brak, przez drogę przebiegają nam kojoty (Jak nas poinformowała pani Teresa tzw. fast food).

Nazwę Dolina Śmierci zawdzięczamy poszukiwaczom złota, srebra i miedzi, którzy w XIX wieku ogarnięci gorączką złota zamieszkiwali te nieprzyjazne tereny i pomimo wyczerpania zapasów wody udało im się przeżyć. To właśnie tutaj w 1913 roku zanotowano 56,7 stopni Celsjusza co jest światowym rekordem temperatury powietrza. Każdego roku w najgorętszych okresach temperatury sięgają 50 stopni, roczne opady nie przekraczają 50 mm w ciągu roku, wilgotność powietrza wynosi średnio 1%. Robi wrażenie, co?

Zaczynają się widoki, na które tak długo czekaliśmy – jedna droga, która ciągnie się nieskończoność, a dookoła same góry i piach. Okazuje się, że Park Narodowy jest zamknięty ze względu na trwający w USA Gouvernant Shoutdown (częściowe „zamknięcie” rządu i instytucji federalnych przez brak zatwierdzonego budżetu na nowy rok z powodu niechęci Demokratów do D. Trumpa i jego obietnicy budowy muru na granicy z Meksykiem), jednym słowem jakiś “meksyk”. Na naszą korzyść jest to, że dzięki temu nie płacimy za wstęp do Parku. Wybieramy pierwszy punkt z naszej listy “do zobaczenia”, który okazuje się, zamknięty, o czym poinformował nas strażnik indiańskiego pochodzenia, także zaoszczędzone pieniądze nie rekompensują nam straconych widoków. Dalej już jest trochę lepiej. Większość dróg jest otwarta i przejezdna, nasza Honda Civic daje rade chociaż wypada bardzo słabo przy tych wszystkich terenówkach, które tam jeżdżą. Pierwszy zjazd z asfaltu i przejazd przez kanion był chrztem dla naszego samochodu, z szybko bijącym sercem Natki, Konrad pokonuje strome wzniesienia i jeszcze gorsze zjazdy. Następnym punktem naszej listy jest Zabriskie Point – punkt widokowy na niezwykle ciekawe formacje skalne. Mimo zamknięcia parku i bycia poza sezonem było tam bardzo dużo turystów, a zwłaszcza fotografów, którzy czekali na „golden hour”. Widok nieziemski, który podsycił nasze apetyty na jeszcze więcej. Jadąc przez park przekroczyliśmy dozwoloną liczbę słów „ale tu ładnie”, „ale pięknie”, ponieważ krajobraz zmieniał się z każdym kilometrem. Kolorowe góry powstałe w wyniku zachodzących w skałach reakcji utleniania się minerałów boranowych wywoływały w nas zachwyt.

Zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Devil’s Golf Course, gdzie ogromny fragment dna Doliny, który jest pokryty spękanymi i bardzo ostrymi bryłami mieszaniny ziemi i soli, wydaje się, że ciągnie się przez niezliczone kilometry.

Droga z Pola Golfowego Diabła prowadzi do Badwater, czyli wyschniętego jeziora, które znajduje się 86 metrów poniżej poziomu morza. Na skałach graniczących z jeziorem umieszczona jest tablica określająca punkt poziomu morza – wierzcie nam lub nie, ale to na prawdę robi wrażenie. Jezioro wyschło ponad 3000 lat temu (zimą pojawiają się małe kałuże) i w całości pokryte jest spękanymi (z powodu rozszerzania się wysychających kryształków soli) płatami soli (Natka lizała – naprawdę słone xd). Udało nam się dojść na środek jeziora idealnie na zachód słońca. Widok był nieziemski, dookoła góry, a my w najniższym punkcie na kontynencie północnoamerykańskim. Może być lepiej? Pogoda nam bardzo dopisała, nie smażyliśmy w temperaturze 50 stopni ze względu na panującą zimę, ale komfortowe 18 stopni tego dnia pozwoliło nam w końcu ściągnąć kurtki i złapać trochę słońca.

Nocleg standardowo na parkingu, znowu przy hotelu i jak na brak życia (brak roślin – same wyschnięte krzaki i brak zwierząt – kojoty, pumy to chyba tyle) tam było go wyjątkowo dużo – trawa, palmy, kwiatki i nawet pole golfowe i to nie na piasku.

Kolejnego dnia jedziemy dalej na północ, tym razem planujemy zdobyć najwyższy szczyt znajdujący się na terenie parku – Telescope Peak 3366 metrów n.p.m. Niestety i tym razem spotkało nas rozczarowanie, ponieważ zamknięto szlak na czas Shutdownu. Wybraliśmy szczyt znajdujący się zaraz obok – Wildrose Peak sięgający wysokości 2763 metrów. Warto też wspomnieć o Charocoal Kilns, które znajdowały się u podnóża szczytu Wildrose, jak się okazało służyły one od 1867 roku do wytwarzania węgla drzewnego, który był wykorzystywany w pobliskiej kopalni.

“Charocoal Kilns”

Wracając do naszego szczytu, początkowo droga była bardzo przyjemna, niewielkie nachylenie, piękne widoki, całkiem przyjazna temperatura jednym słowem cudownie, ale z każdą minutą było coraz gorzej, początkowo szybkie tempo, które narzuciła Natka szybko się na niej odbiło i po chwili zostawała w tyle. Wraz ze zwrotem wysokości malała też temperatura co sprawiało, że szło się coraz ciężej. Po mniej więcej półtorej godziny dotarliśmy na szczyt biegiem, ściągając się kto pierwszy będzie na miejscu. Całe zmęczenie ustąpiło od razu po zobaczeniu zapierających dech w piersiach widoków. Widok na całą dolinę, a także na nasz poprzedni cel, ośnieżony Telescope Peak, który znajdował się jeszcze ponad 600 metrów wyżej niż my. Temperatura spadła poniżej zera, więc nie traciliśmy czasu, wpisaliśmy się do znajdującej się na szczycie skrzynki geocachingowej, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy zbiegać na dół w obawie przed zbliżającym się zmrokiem (szlaki nie są tak oznaczone jak w Polsce, jedyną informacja o kierunku wędrówki była dla nas wydeptana ścieżka). Po drodze jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i bang… Ktoś musiał tutaj umrzeć, tym razem był to telefon Natki, który upadł jej na jedyny na ścieżce kamień w miejscu, w którym stała. Ofiara złożona. Zejście na sam dół zajęło nam mniej więcej godzinę, więc całą trasę (łącznie 8 mil) pokonaliśmy półtorej godziny szybciej niż przewiduje przewodnik. Akurat zaczęło się robić ciemno, więc przyszedł czas poszukać miejsca na kolejny nocleg. I standardowo był to parking przed hotelem, gdzie wcześniej w nagrodę zjedliśmy pizzę przy odpalonym filmie. Jak w domu.

Nowy dzień, nowe przygody. Jadąc nasz kolejny cheakpoint zatrzymujemy się przy każdym interesującym miejscu na naszej drodze. Trafiamy na pustynne wydmy. Piasek tutaj jest tak drobny, że wyczyszczenie z niego butów zajmuje nam więcej niż sam spacer po wydmach. Potem jeszcze kilka kolejnych przystanków, bo wszystko po kolei jest warte uwagi. Celem tego dnia jest Racetrack Playa, czyli wyschnięte jezioro z wędrującymi kamieniami. Same zjawisko jest bardzo ciekawe i przez wiele lat badacze łamali sobie nad nim głowy. Okazuje się, że do jego wystąpienia konieczne są trzy równoczesne zdarzenia:

 

  1. Pustynia musi wypełnić się wodą na tyle głęboką, by utworzył się na niej pływający lód i na tyle płytką, by nie przykryć kamieni;

 

  1. Gdy temperatura w nocy spadnie, na powierzchni bajora powstanie bardzo cienka warstwa stałego lodu. Zbyt cienki nie będzie dość wytrzymały, zbyt gruby spowoduje zamarznięcie zbiornika aż do dna;

 

  1. Za dnia słońce ogrzeje lód, spowoduje jego pękanie, a tym samym powstaną pływające płaty. I to właśnie pod wpływem nawet najsłabszych podmuchów wiatru przesuną kamienie.

Kombinacja zjawisk jest na tyle rzadka, że występuje raz na kilka lat, a ich ruch jest na tyle mały, że ciężko go zaobserwować gołym okiem.
Niestety to również nie dane nam było zobaczyć. Trasa dojazdowa do wędrujących kamieni wiedzie przez nieutwardzoną trasę niezalecaną dla samochodów osobowych bez napędu na 4 koła, nasze autko nie mogło się tym pochwalić, więc jedyną opcją było łapanie stopa. Bezowocne oczekiwanie zmusiło nas do zmiany planów i dalszej podróży. Był to nasz ostatni dzień w Parku, a nasza droga prowadziła dalej na północ.

Na trasie wyjazdowej zatrzymaliśmy się jeszcze w czynnej kopalni soli – chociaż nie wiem, czy można to nazwać kopalnią, ponieważ sól była pozyskiwana z wody, a samo miejsce znajdowało się poniżej poziomu morza. Kolejna kopalnia była już tylko atrakcją turystyczną, a osada powstała przy niej wyglądała na opuszczoną. Nie mogliśmy ominąć okazji zatrzymania się przy niej. Miejsce wyglądało na dawno opuszczone, środkiem drogi spacerował tylko pies, pozabijane deskami okna domów, pordzewiałe samochody z poprzedniej dekady – sceny jak z dobrego filmu. Nie wiadomo skąd, gdzieniegdzie pojawiali się nieliczni mieszkańcy.

 

Opuszczając Dolinę Śmierci nastąpiła drastyczna zmiana pogody, temperatura spadła i lało jak z cebra więc trafiliśmy idealnie na okienko pogodowe na zwiedzanie tego wypełnionego ciszą miejsca. Wyjeżdżając z parku czujemy niedosyt, może jeszcze kiedyś uda się tu wrócić, ale jednocześnie jesteśmy naładowani pozytywną energią i mega zadowoleni, że udało nam się przeżyć. Xd

1 Comment

  1. Odpowiedz

    Anonim

    19 marca 2019

    Wow! Mega miejsce!

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: