fbpx

Pranie, sprzątanie, gotowanie, a także krótki sztorm, niezła ulewa i dzień świstaka

?>

Poprzedni wpis był tylko wstępem do jakże zawiłej polityki życia na statku. Całe te wachty, maszty, reje to dla większości czysty bełkot, a więc od początku. Wszyscy „praktykanci”, czyli ludzie, którzy dostali się na statek tak jak my z konkursu oraz studenci Nawigacji Uniwersytetu Morskiego zostali podzieleni na trzy wachty tj. grupy mniej więcej 45 osobowe, do których przydzielono instruktora, bosmana i oficera. To oni głównie organizują nam życie w czasie trwania wacht. Nie ma niestety tak dobrze i dla każdego znajdzie się nawet najbardziej idiotyczna praca (wspomnieliśmy o nich już wcześniej) dla samej zasady nie dla wyników.

Codzienne wachty to tylko kropla w morzu zadań, które czekają na załogę. Żeby statek z tak dużą ilością osób nie zatonął w brudzie i nikt nie umarł z głodu trzeba było również znaleźć rozwiązanie. Z pomocą przychodzą tzw. dobówki. Codziennie przypadają one innej wachcie i według ustalonego porządku każdemu przydzielane są prace, w których skład wchodzi sprzątanie korytarzy i klatek schodowych, sprzątanie łazienek, pomoc w kuchni (już tu oboje trafiliśmy – rywalizacje o lepszą fuchę wygrał Kondziu, ponieważ sprzątał chłodnie, a wszystko co wydawało się kucharzowi połamane i z wierzchu przybrudzone nie nadawało się do podania, więc w ten oto sposób wzbogacił się o cała masę batonów i kilka soków, Natka z podniesiona głową przyjęła zmywanie garów i obieranie worka czosnku). Pomoc w pentrze załogowej i studenckiej to także składowe dobówek. Jest to nic innego jak wydawanie posiłków dla załogi stałej oraz wiecznie wygłodniałej masy studentów walczących o każdy plasterek sera czy słoik z nutellą (pełna powaga) oraz zmywanie po nich sterty brudnych naczyń (dobrze, że na przechyłach się ich bardzo dużo potłukło i zapasy znacznie się skurczyły). Ma to swoje plusy, ponieważ nie trzeba wtedy walczyć o jedzenie i przed wydawaniem można sobie więcej odłożyć, choć pod Natki chwilową nieobecność na dojadce (to taka druga kolacja) został jej skradziony chleb, ale dzielenie o niego walcząc udało się go odzyskać bez większych ofiar w sprzęcie kuchennym i ludziach. Załoga stała jest nieco bardziej okrzesana.

Zostaje jeszcze wachta w CMK… nie bardzo wiemy co ten skrót oznacza, ale chodzi o siedzenie w maszynowni przed wielką tablicą rozdzielczą pełną kolorowych przycisków, pilnowanie co by się nic niepożądanego nie zapaliło i odbieranie telefonów z mostka nawigacyjnego. W praktyce przez 4 godziny czyta się książki i ogólnie umiera z nudów. Choć patrząc na dostępne możliwości ta nie jest najgorsza.

Mimo tego, że to jeden statek to życie na nim toczy się w zasadzie w dwóch oddzielnych rytmach. Słowa na koniec wachty: „dobranoc i smacznego” (wybrzmiewa nawet w samo południe) wypowiadane przez bosmana lub instruktora wachty nie kończy dnia, nie zapadamy w letarg. Jedno życie toczy się na pokładzie – zazwyczaj przebywa tam tylko wachta pełniąca wówczas służbę, to oni powinni być w stanie zrobić wszystkie czynności z żaglamitak, aby nie wzywać reszty załogi. Nieważne czy leje jak z cebra i w butach pływają już skarpetki (sytuacja z przed trzech dni) czy wieje wiatr 55 węzłów ok. 200 km/h (sytuacja sprzed półtora tygodnia) wachta pełniąca służbę walczy z własnymi słabościami, sobą nawzajem, a przede wszystkim strachem i robi to co każą. Wszystko musi chodzić jak w zegarku.

Za to pod pokładem zazwyczaj pełny czilałcik. Kiedy mieliśmy ww. sztorm śniadanie wypadało z talerzy, podawane tego dnia cieplutkie kakao znajdowało się na wszystkim i wszystkich, a studenci przejeżdżali na tyłku z jednego końca mesy na drugi próbując ratować siebie i trzymaną jeszcze w ręce kanapkę. Większość miała ogromną radochę z tak dużego przechyłu i ślizgała się na kocach po korytarzu jeżdżąc z jednej burty na drugą. Mało kto w takich warunkach współczuje tym będącym na pokładzie, no bo cóż takie życie i następnym razem to może trafić na nich. Każdy dzień pod pokładem toczy się tak samo, część załogi śpi po wachcie i przed kolejną, inni organizują sobie czas grając w karty czy oglądając filmy. Norma, nudny ten statek.

No, ale czasem jednak zdarza się bardziej wyjątkowego i tu nie sposób nie wspomnieć też o dniu świstaka. Mieliśmy tu na statku pewnego rodzaju własny wehikuł czasu i nie, to wcale nie był cud. 28ego listopada przeżyliśmy dwukrotnie z racji przekroczenia południka 180°czyli linii zmiany daty. Podwójny czwartek dało się tylko odczuć w statkowym menu, ponieważ wszyscy czekali już na piątkową rybę z frytkami, a tu znowu jakieś mięcho i ziemniaki. Tak więc jesteśmy jeden dzień do tyłu w stosunku do Polski. A byśmy zapomnieli, w ten drugi czwartek został zorganizowany z tej okazji przegląd piosenki wachtowej. Każda wachta, a także załoga stała przygotowała autorskie zwrotki do dobrze znanej szanty „Morskie opowieści”. Dużo śmiechu, akcja ma być ponowiona, bo okazała się dużym sukcesem. Nasza wachta zaśpiewała bardzo piękne piosenki o śmieciach, które każdego wieczora z ogromną pasją i zaangażowaniem segregujemy.

 

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: