fbpx

My dwoje w wielkiej Ameryce

?>

Zostaliśmy sami. My dwoje w wielkiej Ameryce. Jak żyć, co robić?

Może się wyspać? W międzyczasie kolejnych drzemek zostaliśmy zaproszeni przez Polonię do wspólnego kolędowania. Jako że śpiewać żadne z nas nie umie to była chwila zawahania jednak wizja kolejnego ciekawego doświadczenia wzięła górę nad wstydem i decyzja była tylko jedna – jedziemy. Część towarzystwa już znaliśmy, a cała reszta została nam szybko przedstawiona. Bardzo sympatyczne i barwne postacie, które z tych lub innych powodów dawno bądź całkiem niedawno zdecydowały się na opuszczenie Polski. Ilości wysłuchanych ciekawych historii nie zdołamy zliczyć, pytań o statek, plany na USA i o to co robimy w życiu też nie. Panowała ciepła rodzinna atmosfera, której zdecydowanie brakowało nam w te święta. Było pyszne jedzenie i oczywiście całe mnóstwo wspólnie śpiewanych świątecznych piosenek przy akompaniamencie dwóch gitar. W całym życiu łącznie nie zaśpiewaliśmy tylu kolęd ile w ten jeden wieczór. Zostaliśmy także zaproszeni na kolejne spotkania kolędowe oraz na mszę do polskiego kościoła.

Dzień później odbieramy zarezerwowany samochód i robimy sobie krótką wycieczkę po okolicy. Tak po prostu bez większego celu. Następnego dnia planujemy wyjechać w trasę gdyż i tak siedzimy tu już o dzień za długo, jednak po powrocie do domu Konrad ze swoją bezpośredniością wkręca nas na wyjazd sylwestrowy w góry (przy poprzednim zaproszeniu od Alberta). Nie ma co dyskutować jedziemy. Choć jesteśmy przygotowani na wodę i wielkie oceany to kto powiedział, że w sztormiaku nie da się jeździć po stoku.

Następnego dnia wypada niedziela, więc z całą rodziną Jełowickich (tą obecną w domu czyli Panią Teresą, Panem Tomkiem i ich dziećmi Albertem i Anetą) jedziemy na poranną mszę. Jako że nie byliśmy za bardzo na to przygotowani to po naszemu troszkę się spóźniamy. A w kościele całą mieszanka narodowościowa i kulturowa. Ksiądz filipińczyk swoim angielskim sprawia że już totalnie nic nie rozumiemy (Albert i Aneta też podobno tak mają). Całą reszta trochę tak jak u nas tylko może trochę mniej smutna. Do kościoła przychodzi nawet Pani z pieskiem na rękach, więc podejście jest strasznie na luzie.

Potem już tylko pakowanie i ruszamy w góry. Po drodze zajeżdżamy jeszcze po Sarę i Jacoba (dzieci Pani Krawiec u której spaliśmy dwie pierwsze noce), a potem wstępujemy jeszcze na chwilę do domu bractwa, do którego należy Jacob. Na miejscu obraz jak z American Pie. Jedna wielka imprezowa chata – stoły do beer pong’a, ogromne głośniki i parkiet imprezowy oraz cała masa brudnych garów w zlewie xd. Nie obyło się bez pamiątkowego zdjęcia.

Trasa do miejscowości Big Bear Lake gdzie położone są góry San Bernardino zajmuje mniej niż dwie godziny – jednak chyba całe miasto musiało wpaść na pomysł by spędzić tam Sylwestra, gdyż nasza droga ciągnęła się w strasznym korku ponad 4 godziny. Za to widoczki piękne, a i zdrzemnąć się można było (Natka huehue). Na miejscu zostaliśmy mały, przytulny domek oddalony 15 minut od stoku. Kominek rozgrzewał atmosferę wewnątrz zwłaszcza, że za oknem padał akurat śnieg. W ciągu paru godzin zmieniliśmy temperaturę z +15°C na jakieś -5°C, a krajobraz z palm na ośnieżone góry… super. Towarzystwo w jakim przyszło nam spędzić ostatnie dni 2018 roku było bardzo zróżnicowane, ale jakże interesujące. W skład wchodzili: rodzeństwo Albert i Aneta – amerykańscy Polacy, Sara i Jacob – również amerykańscy Polacy, Chris – Meksykanin, para Mateusz – amerykański Polak z Catherine – Armenka no i my skromni obywatele Rzeczypospolitej.

Następnego dnia mamy wykupione karnety na stok. Naszym motto stało się stwierdzenie – “jeśli masz coś zrobić po raz pierwszy to zrób to w Kalifornii”, no więc nie świadoma przyszłych siniaków Natka za głosem Konrada wypożycza deskę snowbordową. Najpierw niepewne pierwsze kroki i upadki na oślej łączce, a potem już coraz odważniej. Kondziu jest całkiem niezłym instruktorem, chociaż jego upadki też są dość spektakularne. Super zabawa choć bez odpowiednich ubrań było nam trochę zimno a nawet bardzo… czas pozostały do północy spędziliśmy na rozmowach, piciu alkoholu i graniu w gry gdzie główna role odgrywał alkohol (typowy Sylwester). W końcu wybiła północ… szybki łyk szampana i spać. Żadnych fajerwerków, koniec imprezy, nie to co u nas w Polsce. Amerykanie nie spędzają tak hucznie Sylwestra, dużo większym wydarzeniem jest dla nich Dzień Niepodległości czy Święto Dziękczynienia.

Po powrocie do miasta odsypiamy, leczymy kaca i planujemy co dalej. Obecny samochód zmienimy na inny, ten docelowy dopiero 3ego stycznia, więc do tej pory trzeba coś wymyślić. Tak więc kolejnego dnia wybieramy się do Pasadeny.  Znajduje się tam słynny stadion sportowy Rose Bowl, na którym 18 czerwca 1988 roku odbył się koncert zespołu Depeche Mode, podczas którego nagrano album 101 (to taka informacja dla wszystkich miłośników zespołu). Położony jest on w pięknej i górzystej okolicy, po której robimy krótki spacer. Udajemy się potem na coroczną paradę platform “Rose Parade”. Po raz pierwszy różana parada odbyła się w 1890 roku i z biegiem lat przyciąga coraz więcej widzów. Pierwotnie w paradzie brały udział powozy konne, które były przyozdobione kwiatami. Z upływem lat zaczęto budować platformy, a aktualnie zajmują się tym nawet profesjonalne firmy. Budowa takiej platformy może trwać nawet cały rok. Reprezentują się w ten sposób przeróżne organizacje, szkoły, firmy. Ciężko było wyjść z podziwu.

Dni do wyjazdu w trasę mijają nam na poznawaniu okolicy oraz bardzo na sportowo. Idąc dalej naszym mottem próbujemy wszystkiego czego się da. Najpierw jest to gra w golfa, a potem baseball. Szło nam naprawdę nieźle.

 

Potem już tylko pakowanie, planowanie trasy i w drogę. Pierwszy przystanek San Diego.

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: