fbpx

Ameryko, jesteśmy!

?>

Ziemia na horyzoncie!! Tyle na to czekaliśmy, aż w końcu jest – upragniony stały ląd, wymarzona Ameryka.

Pierwotny plan wejścia do portu San Francisco przewidywany był na 18ego grudnia. Od rana gwar i poruszenie jak na jakimś targu, bosman krzyczy bardziej niż zwykle, kapitan często widziany na pokładzie, nikomu nie udaje się schować przed robotą. Ostatnie polerowanie mosiądzu, mycie pokładu, treningowe postawienie żagli… no i dupa. Wejście do portu przełożone na następny dzień, ponieważ trzeba poczekać na pilota, który nas do niego wprowadzi. Morale załogi nieco opadły, każdy troszkę podłamany, no cóż trzeba czekać. 19 grudnia jest dniem chwały, jeszcze większe poruszenie niż dzień wcześniej. Wpływamy!!

 

Plan wkroczenia do Ameryki był ambitny i z wielkim przytupem – przepłynięcie pod mostem Golden Gate na żaglach miało być historycznym wydarzeniem, niestety morze zawsze wygrywa i niesprzyjający wiatr, a dokładniej jego brak pokrzyżował nam plany. Skończyło się wejściem na reje i klarowaniem żagli. Połowie naszego duetu blogowego udało się dostać na maszty i obserwować wszystko z góry. Pod mostem też się zmieściliśmy, choć była chwila niepewności. Po udanym przejściu wszyscy zaczęli krzyczeć i bić brawa. Myślę, że dla każdego było to ogromne przeżycie. Z hucznego powitania, które miało być przygotowane na nasze przybycie została eskorta straży pożarnej, fajnie, że chociaż coś. Pierwsze godziny w porcie to sprawy urzędowe związane z wizami, oficjalne powitanie przez polskiego konsula z San Francisco, a potem już tylko wyczekiwane wyjście na ląd… Niestety nie dla nas. Naszej wachcie przypadła tego dnia wachta dobowa, więc musieliśmy zostać na statku. Natka stała na trapie i pilnowała statku (wyglądała jak rasowy ochroniarz), a Kondziu usługiwał w mesie załogowej, zmywał gary i podkradał batony. Statek był otwarty dla zwiedzających, więc udało się porozmawiać przez chwilę z Polonią, dowiedzieć, gdzie warto iść i co zwiedzić oraz jakich miejsc unikać.

Następny dzień w porcie. Natka niewyspana po nocnej służbie na trapie, Konrad w pełni sił – czas na zwiedzanie. Pierwszy punkt wycieczki – dzielnica portowa Fisherman’s Wharf. Pierwsze zakupy i zakupowe priorytety – Natka kawa, a Kondziu browar, a potem jedzenie. Restauracja Bubba Gump przedstawiona w filmie Forest Gump była pierwszym wyborem. Klimatyczna miejscówka z widokiem na więzienie Alcatraz oraz pyszne krewetki to wrażenia, które aż ciężko opisać, a słowo najedzeni nie oddaje naszego stanu fizycznego. W oczekiwaniu na jedzenie, obsługująca nas kelnerka/kelner (nie mamy pewności, jeśli chodzi o płeć) przeprowadzała test wiedzy ze znajomości filmu Forest Gump. Co dziwne ludzie mega dobrze się bawili, co w Polsce wydaje się nie do pomyślenia. Dalej było już tylko ciekawiej. Na pierwszy ogień wybraliśmy Lombard Street, czyli kaskadową ulicę z jednokierunkowym ruchem samochodowym. Dosłownie wtoczyliśmy się pod górę, wypluwając przy tym płuca, ale zdecydowanie było warto. Widok z samego szczytu rekompensował nam cały wysiłek.

 

Następnie w planach była przejażdżka Cable Car, czyli zabytkowym tramwajem jednak żaden nie chciał zatrzymać się na przystankach, na których akurat staliśmy, więc nie pozostało nam nic innego jak dalszy spacer. Naszym celem była ulica Market Street z całą masą sklepów, jednak zanim tam dotarliśmy ujrzeliśmy cały przekrój amerykańskiego społeczeństwa. (Warto tutaj wspomnieć, że w naszej grupie wycieczkowej było troje studentów Uniwersytetu Morskiego, którzy byli ubrani w mundury). Na jednej ulicy piękne domki jak z typowych amerykańskich filmów, bardzo przyjaźni ludzie, którzy salutowali naszym studentom myśląc, że są żołnierzami amerykańskiej marynarki, pozdrawiali nas, wypytywali skąd jesteśmy i życzyli dobrego dnia, a na kolejnej ulicy margines społeczeństwa, ludzie śpiący na ulicy, cała masa bezdomnych, narkomanów dających sobie w żyłę na chodniku i wiele innych świrów, którzy akurat nieszczególnie dobrze reagowali na mundury studentów. (Polscy bezdomni przy tych spotkanych w Stanach wypadają jak amatorzy. Porozstawiane namioty, całe wózki różnego rodzaju sprzętu to normalność tutaj.) Aż w końcu wkraczamy na ulicę będącą naszym celem i kolejny szok – przepych, bogactwo i brak bezdomnych. Dziwne te Stany. U nas ktoś kto by szedł ulicą i śpiewał zostałby szybko sprowadzony do porządku krótkim i treściwym „Zamknij się”, a tutaj nikt nawet nie zwraca na to uwagi. Na Market Street krótki bieg po sklepach, bardziej z zamiarem rozejrzenia się niż kupna czegokolwiek i 40 minutowy marsz na stadion lokalnej drużyny baseball-owej Giants i rozczarowanie po tym jak się okazało, że stadion już został zamknięty. Potem już tylko droga powrotna na statek zahaczający przy tym o wszystkie najciekawsze ulice, Chinatown i oczywiście pizzerie.

Następny dzień przynosi nam nie mniej wrażeń. Zaczynamy go bardzo wcześnie, bo zgłosiliśmy się do wzięcia udziału w specjalnym nabożeństwie, jednak spotkała nas bardzo miła niespodzianka – z powodu deszczu msza została odwołana. Autokary i czas zostały zarezerwowane, nie można tego zmarnować, więc udajemy się na wycieczkę. Najpierw park Lincolna, później szybka kawa i spacer po moście Golden Gate, objazdówka po całym mieście i na koniec wizyta w kościele, w którym odprawiał mszę papież Jan Paweł II. Po wycieczce jeszcze obowiązkowy powrót na statek i próba szybkiej ewakuacji z niego z powodu bankietu jaki zaraz miał się zacząć. W końcu ostateczne opuszczenie statku i ponowne zwiedzanie z naszymi marynarzami. Znowu zaczynamy od Fisherman’s Wharf i zakupów, bo to już ostatni moment na znalezienie prezentu w ramach mikołajkowego losowania. Następnie padł pomysł o przejażdżce Cable Car co nie udało nam się poprzedniego dnia. Jest to jednowagonowy tramwaj, którego linia ciągnie się przez część miasta – no i to chyba było najlepsze doświadczenie w San Francisco. Mały wagonik, a w nim upchani ludzie, którzy wystają z tramwaju, trzymając się tylko jedną ręką jakiejś niepewnej rurki, a parę centymetrów od nich przejeżdżają inne tramwaje czy samochody z naprzeciwka to zdecydowanie coś co warto przeżyć.

Została także podjęta próba dostania się na plażę Baker Beach z której podobno widać Golden Gate Bridge, ale nie dane nam było się o tym przekonać. Parku, który jest zaraz obok również nie zwiedziliśmy, bo gdy w końcu dotarliśmy na miejsce zapadł zmrok.  W parku nie było lamp, więc tyle że skorzystaliśmy z parkowej toalety, przeszliśmy się po okolicy i wracaliśmy z powrotem do centrum. Ostatnim punktem naszej wyprawy były jeszcze zakupy i to chyba tyle z naszego San Francisco.

Jak na pierwsze chwile w Ameryce do głowy przychodzi tylko – co to za dziwny kraj. Jak to jest, że przy staraniu się o wizę masz milion pytań czy przypadkiem nie jesteś świrem, mordercą, terrorystą, handlarzem ludźmi.  Nie wiadomo czy w ogóle cię do kraju wpuszczą, gdy już tą wizę masz, a potem widzisz co się tam dzieje to zdajesz sobie sprawę, że najmniejszym świrem jesteś ty sam. Typowa wolna amerykanka, w końcu wiemy co to powiedzenie znaczy.

8 stycznia 2019

1 Comment

  1. Odpowiedz

    Pawel

    3 stycznia 2019

    Fajna Relacja 🙂
    Trzymajcie sie Cieplo

LEAVE A COMMENT

RELATED POSTS

%d bloggers like this: